chwila moment
za oknem w pracy mam jakby bruegela, tylko zamiast myśliwych snowboardziści w szalonych kolorach.
w domu na łące w szafie wiszą dwie sukienki. jedna jaśnie biała pani, mam do niej perłowe kolczyki w spadku po babci. druga zielona i włóczykijska, guziki od góry do dołu, robię sobie koczek i staję się wypisz wymaluj mimblą. oprócz nich jeszcze bluzki z kwiatem, błękitne koronki z kokardą, spodnie arabskie, koszulka z hieną, babcina halka zielona z kwiatem pomarańczowym w biuście, kamizela z moheru, kapelusz włóczykija, podomka w krowę, biały gorset, beret z pomponem, mucha niebieska w kropki, tajska tunika, spódnica z ceglastego sztruksu, torebka mamusi muminka, trzy kwiaty sztuczne we włosy, złocone klapki i cztery pary ciemnych okularów, wszystkie poszkodowane.
wyprzedaż teatru.
a jak patrzę na zdjęcie z szafą i myślę, że trochę jestem, a trochę mnie nie ma,
a za chwilę czuję ten straszny ból brzucha, ból ręki, drętwiejące łydki i te wszystkie inne świadome ale nienazwane,
to staję się nagle przesądna i zaczynam się bać.
w sadzie pod zaspą odchuchując kącik
ptak nakręcacz odleciał do cieplejszych miejsc i mój wewnętrzny zegarek rozregulował się popisowo. żyję przez to nierytmicznie i gubię się zarówno w dyktaturze skowronków, jak i w pokątnym podziemiu (pod-nocniu?) sów. półmrok i półbrzask nie różnią się od siebie specjalnie, w każdym z czasów trudno pisać i trudno spać.
moje myśli przeszły już w tryb koczowniczy, ciało musi poczekać jeszcze kilka miesięcy (ale wciąż coraz mniej). odzwyczajam się więc i odswajam przestrzeń, która fizycznie jeszcze przez moment moja, mentalnie zostawiona już innym. wyrzucam, segreguję, oddaje i chcę mieć jak najmniejszy bagaż. we własnym łóżku czuję się gościem.
i chce mi się pisać jak najbardziej codziennie i zwykle, o książkach, pieczonych ciastkach i staniu w sklepowej kolejce. i myślę, czy robić to tu, czy pozostawić to miejsce takim, jakim jest, z jego ośmio(!)letnią historią jako zamknięte dzieło otwarte, a po zmianie tożsamości, miejsca zamieszkania i wszystkiego innego stworzyć jakiś nowy, przytulny kącik. ta perspektywa chyba kusi bardziej.
gdyby nie internet, nie wiedziałbym, że na świecie jest tylu idiotów
cytat z lema codziennie boli coraz bardziej. gdyby nie to, że czasem przez internet pracuję, a i coraz częściej rozpaczliwie rozglądam się tam za zatrudnieniem, to ograniczyłabym go zupełnie. w sieci idiocieję w niesamowitym tempie i z zadziwiającą łatwością.
wyjechać gdzieś chciałoby się. daleko, tam, gdzie jeszcze mnie nie było.
gdy w czerwcu, może we wrześniu, a może za rok przyjdzie ten dzień, w którym uwolnię się od cholernego poczucia winy i jeszcze gorszego poczucia niespełnionego obowiązku, będę w końcu bardzo szczęśliwa. i może spokojna.
wszystkie przebłyski czegoś dobrego zlewają się w jedną szarą smugę znikającą tuż przed zaokienną szarówką, mróz zamraża ciepłe odruchy, a myśli szeleszczą szorstko jak woreczek z herbatą. chce mi się nieznanych krain albo chociaż kuchni na zielonym wzgórzu, beztroskiego mieszania w miskach, rondlach i garnkach, z zapachem wanilii w powietrzu, ciepłem bijącym od piecyka i całkowicie niewinnym śladem po czekoladzie tuż nad prawym kącikiem ust.
byty po drugiej stronie sieci zawłaszczają sobie moje internetowe ego [drzemiące spokojnie w zimowym śnie] na wszelakie możliwe sposoby, aż zaczynam odczuwać wewnętrzny niepokój, gdzieś w okolicy brzucha.
a zapoznawszy się z:
mnóstwem mebli wahających się między pozłacanym wąsem sarmaty a kanciastą trumną w kolorze wenge (zmatowione uchwyty, nie zostaną odciski palców)
sukniami ślubnymi z przewagą pierwiastka ciastka z kremem nad pierwiastkiem konstrukcji z foliowych torebek (i odwrotnie)
oraz świetnymi skądinąd wierszami, które jednak (jak i wszystko powyższe, choć oczywiście bez myśli o jakimkolwiek absurdalnym porównaniu i z zupełnie innych powodów) wywołują we mnie to, co eufemistycznie mogę określić jako poranne mdłości
tracę jakiekolwiek poczucie czegokolwiek, czuję się senna, bezsilna i zła, i wcale nie chcę umierać na kompromis.
przy początkach przeprowadzki odkrywam z kurzu i znienacka
pokątne pamiątki po szemranych romansach, zdumiona tym, jak bardzo nie
pamiętam.
te tragedie, których miało się nie zapomnieć do końca życia,
schodki do sali koncertowej i łzy rozmazywane po klawiaturze. grudniowe duszne
popołudnia i mdłe światło, szpulki z historiami zaczynają mi się niebezpiecznie
rozwijać.
wyblakłe kartki i fałszujące kasety dzielę na klasy
semantyczne – w zależności od ich znaczenia wylądują bliżej lub dalej wisły.
najczęściej jednak znaczenie ulotniło się razem z zapachami i wśród kurzu i kopert nie ma nawet śladu ciasteczek pana marcela.
*
podczas zamawiania obrączek czujemy się jak dzieci, które w sekrecie robią psikusa całemu światu. pani zza lady należy do spisku i bawi się
tak samo dobrze jak my.
*
zgodnie z planem listopada przerwy na jawę bywają bardzo krótkie.
ale chroń mnie panie od pogardy
to dość przykre, gdy jakieś stworzenie jest na tyle słabe,
że musi nakraść życia od innych, żeby sklecić dla siebie chwiejną i dramatycznie niespójną osobowość. nawet internetową.
trochę schlebia mi to, że to właśnie moje życie uznane za
tak cenne, żeby je po kawałeczku sobie przywłaszczać, ale choć wiem, że to za
grzech pychy pójdę do piekła, od niego właśnie zachowaj mnie panie.
być może nie wszyscy wiedzą, że skursywienie tekstu wcale nie jest takie trudne.
siebie też.