księga


na skróty
..do piór..!

schizofrenia
le daindeks ksiąg pożądanych
wszystkie nasze poniedziałki
kociołki trzech wiedźm

najzdolniejsi, czyli gruka X i inni skażeni polonem
malina!marta czymczyrymczym pisze (i to jak!)grażynoch, karol!jakub zza tarczymalinowe obrazki

one
lulu tulipannajagódihaczciotka behemotabrum brumgorztayendzajustyśmałgośnie-macyberkothellmannsa>trudafrenkotowiekriestik (w chinach!)

oni
braciane obrazkimistrzfotografpan cygaroha niemeac :)płk kiszczak

i inni
lapsus lazuliorły sokoły herosyaaaaby sprzedaćdisasters!masz problem?wroalta!siostrzany moment idealny ...i blogowo

słowa na poważnie & kobieta pracująca
zawód redaktorbibliakorektorska uciechatypo!prezenty dla muzyków

słowa na magicznie
jabberwockykoniec świata wg emerykaschronisko dla słów

biblio.
matka żywicielkagoogle books ^^let's boov yourself!bibliostaropolska skarbnicapbibeenkaprasa chimeryczna i ilustrowana

nałogi i te sprawy
jak sama nazwa wskazujeniezbędnik czarownicymistrzmusikalienhandungviva la musicaporiomaniabraciakowo

stycznie 03040506070809101112
lute srogie 030405060708091011
marce 030405060708091011
kwietnie 030405060708091011
maje 030405060708091011
czerwce 030405060708091011
lipce 02030405060708091011
sierpnie 02030405060708091011
wrzesie 02030405060708091011
październiki 02030405060708091011
liściopady 02030405060708091011
grudnie 02030405060708091011

[narysowała pani tove j., poukładała le]



statystyka

len 2009

Wordle: 2009

len 2010

Wordle: 2010

len 2011

Wordle: 2011

 

huśtawki na początek
zaskakuje mnie moja iście leśna nieufność do nowego roku. obdreptuję go ostrożnie dookoła, wącham, obserwuję, trącam patykiem i absolutnie nie mam ochoty, żeby śmiało wskoczyć w jego głębokości. ta bardziej len-kliwa część mnie dopatruje się w tej ostrożności jakichś przeczuć i - choć w kwestii produktów spożywczych moja intuicja działa niezawodnie i niejednokrotnie ratuje - tu jakoś nie potrafię jej do końca uwierzyć. ostatecznie - dwa tysiące dwunasty nie może być groźniejszy od innych, prawda?
*
przy moich chorobliwych chorościach (które jak na razie zatrzymały się w punkcie o tyle niebezpiecznym, co niewiadomym) powoli jest mnie coraz mniej. z zeszczuplałych palców zsuwa mi się obrączka - prosto w skrzynkę ziemniaków w supermarkecie, do torebki czy we wszelakie rękawiczki. len-kliwa część znów drży tu przed złymi omenami - spokojnie mogłabym zawodowo zajmować się wymyślaniem przesądów.
*
i może to snobowanie, ale... z moleskinem w torebce czuję, że jestem w stanie bardziej panować nad własną czasoprzestrzenią. ostatni rok bez - z innym kalendarzo-notesem - wydał mi się cokolwiek chaotyczny, więc wróciłam do kremowego papieru, którego głaskanie skutecznie mnie uspokaja. i od razu jakby lepiej.
[na marginesie - czy wy też uwielbiacie ten cudowny moment uzupełniania nowiutkiego kalendarza o te wszystkie stałe przystanki, ważne daty i inne notatki?]

(i choć dziarsko stwierdzam, że ten nowy czas na pewno będzie dobry, chwytam się bordowej okładki jak koła ratunkowego i usiłuję od razu zapanować nad dwunastoma miesiącami. a tym razem przede mną wyjątkowo dużo ważnych niewiadomych. w mokry, mglisty poranek wykluwa mi się jedyne postanowienie noworoczne: nie bać się.)



le. 2012-01-10 skomentuj (2)


niezima
tydzień jakiegoś dziwacznego poddna (podedna?) jednak daje w kość, ze szczególnym uwzględnieniem tej ogonowej – ciemne poranki, nijakie dni, panna frustracja łypiąca ze służbowego komputera i wyprzedzająca mnie w drodze do pustego mieszkania. źle, zupełnie listopadowo i w dodatku odbija się w strzykawkach i lekarskich papierkach.
ale nagle – hopsasa, odbiłam się lekko ponad wszelkie chmurności i jestem, i’ve got sunshine in a bag i te sprawy.

być może ma to związek z moimi cudownymi tabletkami, które zabrały ból brzucha. być może ma to również związek z tym, że ból brzucha zżera radość szybciej niż le szwedzkie korzenne ciasteczka, a jak go nie ma, to się owa radość magazynuje i unosi ponad chodniki. niemniej – jest optymizm, jest spokój, wraca bajka.

przedświąteczna panika musnęła mnie lekko, po czym poszła polować na innych naiwnych. spokój znów przepełnia mnie po końcówki roztrzepanych włosów i nie drażni już nawet sztuczna choinka sypiąca igłami gorzej niż przesuszona żywa, ból karku po pięciu godzinach pieczenia pierniczkowych ciasteczek czy m. zaprowadzający totalny chaos w świeżo wysprzątanym pokoju (swoją drogą – on rozwala ład jeszcze szybciej niż ja, i nawet w tym jest perfekcyjny – ten mistrzowski bałagan nie opiera się żadnej próbie ogarnięcia. także umysłem).

ludzie tymczasem zachowują się jak spanikowany drobiazg leśny – ciągną za sobą mnóstwo pakunków, są uroczo potargani i poowijani prującymi się szalikami, niecierpliwią się we wszystkim na miarę małych zwierzątek i-te-pe – dostarczają mi tym kolejnej porcji dobrotliwego chichotu, takiego z czystego szczęścia.
(i może jednak sprawdzę działania uboczne tych tabletek)

i hasają mi po głowie łacińskie teksty wszystkich części mszy, śni się ten sam, co już od osiemnastu lat, tupię sobie sprężyście po suchych chodnikach i już nawet nie przeszkadza brak śniegu. święta idą, idzie dobre.


le. 2011-12-19 skomentuj (0)


marginesy gru
o ile szaleństwo jesienne i dzika fascynacja wrześniopaździernikiem są czymś zupełnie normalnym, o tyle moje czysto dziecięce wyczekiwanie śnieżnej zimy zaskakuje nawet mnie samą. nic, że błoto i zimno, przymarzanie do szyb i przystanków, a co rano przedzieranie się przez zaspy na końcu świata. dopóki naprawdę nie nadeszło, z tyłu głowy dzwonią mi dzwoneczki i bardzo tęsknię za gorącą czekoladą z widokiem na białe.
*
notki – zupełnie niezamierzenie – mocno trzymają mi się nazw miesięcy. nieopatrznie w telefonie odkrywam fazy księżyca i szczegółowy opis każdej pełni. bardzo zgodny z moją humorzastością.
pory roku coraz skuteczniej mącą mi jasność myślenia, która zresztą wcale nie chce być jakkolwiek zachowana. chyba tuptam coraz bliżej tego prawdziwego, zapętlonego czasu. mocno wciąga.
*
chcę mieć kota. nie mogę mieć kota, więc nigdy nie myślałam o tym na poważnie i w sumie nie wiem, czy naprawdę chcę. ale chcę. i dostaję kota, w związku z tym.
*

a tymczasem posłuchajcie sobie kari.



le. 2011-11-28 skomentuj (7)


notka bardzo techniczna
od dłuższego czasu byłam przekonana, że piszę tutaj sobie a muzom (jako i innym bóstwom), tymczasem statystyki blogowe twierdzą twardo, że jednak ktoś oprócz mnie jeszcze na tę stronę zagląda. zadziwiona szczerze tym odkryciem wykorzystam więc szansę i wyjaśnię kilka spraw potencjalnym czytelnikom, których oczywiście serdecznie pozdrawiam, choć niedowierzam w istnienie.

otóż: prowadzenie dwóch (a w porywach i trzech) blogów jednocześnie zakrawa na lekkie rozchwianie jedności osobowości, i jest to poniekąd całkiem słuszne spostrzeżenie. z drugiej strony – użycie czasownika 'prowadzić' odnośnie wspomnianych blogów jest szumne jako te jodły na górszczycie, bo notki pojawiają się z częstotliwością tylko trochę większą niż żadną. ale cały czas postanawiam (sobie) poprawę...

największym problemem tego miejsca [znaczy się blog.pl] jest wielki opór i ogromna samowola jednocześnie. opór pojawia się, jak chcę zamieścić zdjęcie – kilka notek temu się udało, w poprzedniej – nie udało się absolutnie, ponieważ bl.pl radośnie zjada sobie wszystkie powstawiane mu znaczniki. w związku z tym zdjęcie wylądowało na poniedziałkach, a tu – pusto. samowola w zjadaniu lub dopisywaniu fragmentów kodu ma się tu w najlepsze, a niezbyt fortunne formatowanie tekstu zupełnie w poprzek temu, co każdej notce zalecam, przyprawia mnie za każdym razem o mgiełki bólu głowy i przypomnienie sobie paru niecenzuralnych staropolskich wyrazów.

poniedziałki nie mają tego problemu, ale tamto miejsce ma zupełnie inny charakter – i choć kilka notek pojawiło się w dwóch miejscach, to jednak tutaj jest tu moja wymoszczona przez lata norka w leśnej ściółce.

tymczasem blog.pl radośnie zapowiedział rewolucję i możliwość przejścia do 'nowego systemu', który to – przynajmniej z zewnątrz – bardzo przypomina ten poniedziałkowy. przeskok bardzo kusi (zdjęcia! łatwe formatowanie tekstu! tagi, kategorie i całe to badziewie!), ale jest jeden istotny szczegół – szablon nie przeniesie się nic a nic, a jak się szablonuje w nowym blogu, można się przekonać dopiero po metamorfozie. a metamorfoza jest bez odwrotu.
a ja z kolei jestem bardzo przywiązana do mojego portretu z krokodylem i tak łatwo popsuć sobie go nie dam...
gdyby jednak któregoś dnia okazało się, że ten blog wygląda jakby go przepuścić przez fejsbukę skrzyżowaną z fotką peel albo coś w tym stylu, to znaczy, że się skusiłam, ale jeszcze nie poskromiłam demona.  jak na razie – rozważam.

i chyba tyle techniczności i przemówień do potencjalnych czytaczy. następny wpis będzie już zwyczajny, a i mam wrażenie, że już nawet wiem, o czym.

pozdrawiam raz jeszcze – szalonointerpunkcyjna le.



le. 2011-11-14 skomentuj (2)


lewy listopadowy
podczas pierwszolistopadowych spotkań rodzinnych nagle okazało się, że wszyscy już jesteśmy dorośli, w związku z czym wszystkie spojrzenia skierowały się na mnie – może najmniejszą, może najbardziej kolorową. efektem są wypchane słodyczami kieszenie, które od razu wywołują gdzieś w tle dziadowo-zaduszkowe rytuały – niech będzie, może cukierkami uda mi się przekupić mokrą jesienność wciskającą się pod czapkę.

z roku na rok coraz bardziej cenię miękkie, ciepłe i najchętniej w ognistych kolorach. zapach curry, dodatek ostrej papryki, coś, co gorącem wypełni brzuch i głowę, korzenne herbaty, kaszmir i pomarańcze. owijam się szczelnie szalem w kolorze dżemu morelowego i zagryzam listopad na pośpiesznym porannym toście z ciemnego chleba.




le. 2011-11-02 skomentuj (0)


pielesze

dzika wiosenna kociomarcowość w tym roku w końcu znalazła spokojne ujście, w związku z czym bzik sezonowy przesunął mi się na tę ulubioną porę roku. tegoroczna jesień już teraz zaszumia mnie całkowicie – i to nie jak dobry alkohol, a jak zły środek przeciwbólowy, po którym uśmiecham się do poduszek i wpadam w zdecydowanie wyższy, majacząco-oniryczny poziom świadomości.

coraz bardziej skarpetkowymi butami drepcę sobie po mateczce ziemi, z głową pełną tego popalonego lata, wizualizuję sobie fajerwerki z kolorowych liści, plączę się we włosy i pajęczyny, i cała jestem jednym wielkim indian spirit. indian summer, znaczy się.

*

w pielesze wpłynęła nam kanapa, na którą to m. od razu przeniósł swoje centrum dowodzenia muzyczno-wojskowym wszechświatem. na kanapę oraz wszystkie okoliczne, również dopiero co przybyłe meble, które docelowo mają służyć zwijaniu się na nich w kłębki, opatulaniu kocem, oblewaniem herbatą i wrzucaniem pod nie gazet z wyjątkowo parszywymi tekstami.

dzielnie udało mi się opanować fotel. pod lampą.

na tymże fotelu całkiem kocio zaplątuję się w wełniane kłębki, myślę nad hierarchią wartości stosu książek oczekujących, niebieskim szydełkiem wystukuję o filiżankę rytm menuetów wygrywanych z pamięci przez m. na naszym potwornie rozstrojonym pianinie i chyba coraz mniej boję się zimy.




le. 2011-09-15 skomentuj (0)