this sketch is getting silly
w tę wiosnę wchodzę na nieco chwiejnych nogach, o dziesięć kilogramów lżejsza i po nieprzespanych nocach. w czasie, gdy medycyna zastanawia się nad moim tajemniczym przypadkiem, nieco rozpaczliwie puszczona jestem samopas, choć pokłute ręce ściągają na ziemię ze stuprocentową skutecznością.
jeszcze nigdy na wiosnę nie było tak bez – bezbarwnie, bezradnie, beznadziejnie i bez pomysłu na to, co dalej. szukam kałuży, żeby pogrzebać w nich patykami i pokontemplować zburzone odbicie nieba.
srogi, końcówka
zabieganie, psujące się sprzęty, szpitalne niepokoje, wieczny bałagan i chaos oraz codzienny ból – jednak dobre miałam przeczucie, żeby linię dwa tysiące dwunastego przekraczać z jak największym oporem. czas niedobry, nie oszczędza nas z żadnej strony. chudniemy oboje w zastraszającym tempie, mieszkanie zasiedlamy tylko nocami, a ono z kolei żyje własnym życiem i nie wiedzieć kiedy zalęgło nam się tam mnóstwo małych chaosików, niedociągnięć, do-zrobień i innych stworzeń korzystających z naszej nieobecności.
pomimo tego, że moja miseczka z tabletkami do codziennego łykania przypomina już sklep z cukierkami, dzielnie zabieram się za gotowanie. wczytuję się w etykietki i przepisy, mieszam w garnkach, a potem powoli połykam efekty. zazwyczaj i tak nie kończy się to dobrze, ale pocieszam się, że zdrowiej nie da rady.
i z jednej strony uparcie idę do przodu i nie zostawiam sobie czasu na żałosne zwinięcie się w kłębek, z drugiej – w napięciu czekam na diagnozy, wizyty i tym podobne.
a ja już naprawdę zamierzałam wcale nie być dzielna.
srogi, I
zatem dodreptaliśmy do lutego. jedna dwunasta początków końca świata za nami – skrupulatnie je zapisuję w myślach i spokojnie oceniam znad kubka zielonej herbaty. i jestem mocno len-zen.
(i tylko pochlipnęło mną bardzo szczerze przez to, czego się nie robi kotu.
a gdy po klatce schodowej chodzi dziwna kobieta, szarpie za klamki do mieszkań i pluje w wizjery, bez wahania przyczajam się w przedpokoju z najgroźniejszym z kuchennych noży)
*
chorość nadal, tajemnicza coraz bardziej. medycyna podgryza mnie ze wszystkich możliwych stron, pan doktor oznajmia, że jestem zagadką, a ja chodzę, bolę, płaczę i marznę. kolekcjonuję papierki wypełnione cyframi i długimi słowami, chowam je do puszki z krzyżykiem z plastrów i udaję, że wszystko jest jak dawniej.
*
a głowę mam opętaną kotem. jednak.
huśtawki na początek
zaskakuje mnie moja iście leśna nieufność do nowego roku. obdreptuję go ostrożnie dookoła, wącham, obserwuję, trącam patykiem i absolutnie nie mam ochoty, żeby śmiało wskoczyć w jego głębokości. ta bardziej len-kliwa część mnie dopatruje się w tej ostrożności jakichś przeczuć i - choć w kwestii produktów spożywczych moja intuicja działa niezawodnie i niejednokrotnie ratuje - tu jakoś nie potrafię jej do końca uwierzyć. ostatecznie - dwa tysiące dwunasty nie może być groźniejszy od innych, prawda?
*
przy moich chorobliwych chorościach (które jak na razie zatrzymały się w punkcie o tyle niebezpiecznym, co niewiadomym) powoli jest mnie coraz mniej. z zeszczuplałych palców zsuwa mi się obrączka - prosto w skrzynkę ziemniaków w supermarkecie, do torebki czy we wszelakie rękawiczki. len-kliwa część znów drży tu przed złymi omenami - spokojnie mogłabym zawodowo zajmować się wymyślaniem przesądów.
*
i może to snobowanie, ale... z moleskinem w torebce czuję, że jestem w stanie bardziej panować nad własną czasoprzestrzenią. ostatni rok bez - z innym kalendarzo-notesem - wydał mi się cokolwiek chaotyczny, więc wróciłam do kremowego papieru, którego głaskanie skutecznie mnie uspokaja. i od razu jakby lepiej.
[na marginesie - czy wy też uwielbiacie ten cudowny moment uzupełniania nowiutkiego kalendarza o te wszystkie stałe przystanki, ważne daty i inne notatki?]
(i choć dziarsko stwierdzam, że ten nowy czas na pewno będzie dobry, chwytam się bordowej okładki jak koła ratunkowego i usiłuję od razu zapanować nad dwunastoma miesiącami. a tym razem przede mną wyjątkowo dużo ważnych niewiadomych. w mokry, mglisty poranek wykluwa mi się jedyne postanowienie noworoczne: nie bać się.)
niezima
tydzień jakiegoś dziwacznego poddna (podedna?) jednak daje w kość, ze szczególnym uwzględnieniem tej ogonowej – ciemne poranki, nijakie dni, panna frustracja łypiąca ze służbowego komputera i wyprzedzająca mnie w drodze do pustego mieszkania. źle, zupełnie listopadowo i w dodatku odbija się w strzykawkach i lekarskich papierkach.
ale nagle – hopsasa, odbiłam się lekko ponad wszelkie chmurności i jestem, i’ve got sunshine in a bag i te sprawy.
być może ma to związek z moimi cudownymi tabletkami, które zabrały ból brzucha. być może ma to również związek z tym, że ból brzucha zżera radość szybciej niż le szwedzkie korzenne ciasteczka, a jak go nie ma, to się owa radość magazynuje i unosi ponad chodniki. niemniej – jest optymizm, jest spokój, wraca bajka.
przedświąteczna panika musnęła mnie lekko, po czym poszła polować na innych naiwnych. spokój znów przepełnia mnie po końcówki roztrzepanych włosów i nie drażni już nawet sztuczna choinka sypiąca igłami gorzej niż przesuszona żywa, ból karku po pięciu godzinach pieczenia pierniczkowych ciasteczek czy m. zaprowadzający totalny chaos w świeżo wysprzątanym pokoju (swoją drogą – on rozwala ład jeszcze szybciej niż ja, i nawet w tym jest perfekcyjny – ten mistrzowski bałagan nie opiera się żadnej próbie ogarnięcia. także umysłem).
ludzie tymczasem zachowują się jak spanikowany drobiazg leśny – ciągną za sobą mnóstwo pakunków, są uroczo potargani i poowijani prującymi się szalikami, niecierpliwią się we wszystkim na miarę małych zwierzątek i-te-pe – dostarczają mi tym kolejnej porcji dobrotliwego chichotu, takiego z czystego szczęścia.
(i może jednak sprawdzę działania uboczne tych tabletek)
i hasają mi po głowie łacińskie teksty wszystkich części mszy, śni się ten sam, co już od osiemnastu lat, tupię sobie sprężyście po suchych chodnikach i już nawet nie przeszkadza brak śniegu. święta idą, idzie dobre.
marginesy gru
o ile szaleństwo jesienne i dzika fascynacja wrześniopaździernikiem są czymś zupełnie normalnym, o tyle moje czysto dziecięce wyczekiwanie śnieżnej zimy zaskakuje nawet mnie samą. nic, że błoto i zimno, przymarzanie do szyb i przystanków, a co rano przedzieranie się przez zaspy na końcu świata. dopóki naprawdę nie nadeszło, z tyłu głowy dzwonią mi dzwoneczki i bardzo tęsknię za gorącą czekoladą z widokiem na białe.
*
notki – zupełnie niezamierzenie – mocno trzymają mi się nazw miesięcy. nieopatrznie w telefonie odkrywam fazy księżyca i szczegółowy opis każdej pełni. bardzo zgodny z moją humorzastością.
pory roku coraz skuteczniej mącą mi jasność myślenia, która zresztą wcale nie chce być jakkolwiek zachowana. chyba tuptam coraz bliżej tego prawdziwego, zapętlonego czasu. mocno wciąga.
*
chcę mieć kota. nie mogę mieć kota, więc nigdy nie myślałam o tym na poważnie i w sumie nie wiem, czy naprawdę chcę. ale chcę. i dostaję kota, w związku z tym.
*