księga


na skróty
..do piór..!

schizofrenia
le daindeks ksiąg pożądanych
wszystkie nasze poniedziałki
kociołki trzech wiedźm

najzdolniejsi, czyli gruka X i inni skażeni polonem
malina!marta czymczyrymczym pisze (i to jak!)grażynoch, karol!jakub zza tarczymalinowe obrazki

one
lulu tulipannajagódihaczciotka behemotabrum brumgorztayendzajustyśmałgośnie-macyberkothellmannsa>trudafrenkotowiekriestik (w chinach!)

oni
braciane obrazkimistrzfotografpan cygaroha niemeac :)płk kiszczak

i inni
lapsus lazuliorły sokoły herosyaaaaby sprzedaćdisasters!masz problem?wroalta!siostrzany moment idealny ...i blogowo

słowa na poważnie & kobieta pracująca
zawód redaktorbibliakorektorska uciechatypo!prezenty dla muzyków

słowa na magicznie
jabberwockykoniec świata wg emerykaschronisko dla słów

biblio.
matka żywicielkagoogle books ^^let's boov yourself!bibliostaropolska skarbnicapbibeenkaprasa chimeryczna i ilustrowana

nałogi i te sprawy
jak sama nazwa wskazujeniezbędnik czarownicymistrzmusikalienhandungviva la musicaporiomaniabraciakowo

stycznie 03040506070809101112
lute srogie 030405060708091011
marce 030405060708091011
kwietnie 030405060708091011
maje 030405060708091011
czerwce 030405060708091011
lipce 02030405060708091011
sierpnie 02030405060708091011
wrzesie 02030405060708091011
październiki 02030405060708091011
liściopady 02030405060708091011
grudnie 02030405060708091011

[narysowała pani tove j., poukładała le]



statystyka

len 2009

Wordle: 2009

len 2010

Wordle: 2010

len 2011

Wordle: 2011

 

this sketch is getting silly
w tę wiosnę wchodzę na nieco chwiejnych nogach, o dziesięć kilogramów lżejsza i po nieprzespanych nocach. w czasie, gdy medycyna zastanawia się nad moim tajemniczym przypadkiem, nieco rozpaczliwie puszczona jestem samopas, choć pokłute ręce ściągają na ziemię ze stuprocentową skutecznością.
jeszcze nigdy na wiosnę nie było tak bez – bezbarwnie, bezradnie, beznadziejnie i bez pomysłu na to, co dalej. szukam kałuży, żeby pogrzebać w nich patykami i pokontemplować zburzone odbicie nieba.



le. 2012-03-22 skomentuj (1)


srogi, końcówka
zabieganie, psujące się sprzęty, szpitalne niepokoje, wieczny bałagan i chaos oraz codzienny ból – jednak dobre miałam przeczucie, żeby linię dwa tysiące dwunastego przekraczać z jak największym oporem. czas niedobry, nie oszczędza nas z żadnej strony. chudniemy oboje w zastraszającym tempie, mieszkanie zasiedlamy tylko nocami, a ono z kolei żyje własnym życiem i nie wiedzieć kiedy zalęgło nam się tam mnóstwo małych chaosików, niedociągnięć, do-zrobień i innych stworzeń korzystających z naszej nieobecności.

pomimo tego, że moja miseczka z tabletkami do codziennego łykania przypomina już sklep z cukierkami, dzielnie zabieram się za gotowanie. wczytuję się w etykietki i przepisy, mieszam w garnkach, a potem powoli połykam efekty. zazwyczaj i tak nie kończy się to dobrze, ale pocieszam się, że zdrowiej nie da rady.

i z jednej strony uparcie idę do przodu i nie zostawiam sobie czasu na żałosne zwinięcie się w kłębek, z drugiej – w napięciu czekam na diagnozy, wizyty i tym podobne.

a ja już naprawdę zamierzałam wcale nie być dzielna.



le. 2012-02-26 skomentuj (0)


srogi, I
zatem dodreptaliśmy do lutego. jedna dwunasta początków końca świata za nami – skrupulatnie je zapisuję w myślach i spokojnie oceniam znad kubka zielonej herbaty. i jestem mocno len-zen.
(i tylko pochlipnęło mną bardzo szczerze przez to, czego się nie robi kotu.
a gdy po klatce schodowej chodzi dziwna kobieta, szarpie za klamki do mieszkań i pluje w wizjery, bez wahania przyczajam się w przedpokoju z najgroźniejszym z kuchennych noży)
*
chorość nadal, tajemnicza coraz bardziej. medycyna podgryza mnie ze wszystkich możliwych stron, pan doktor oznajmia, że jestem zagadką, a ja chodzę, bolę, płaczę i marznę. kolekcjonuję papierki wypełnione cyframi i długimi słowami, chowam je do puszki z krzyżykiem z plastrów i udaję, że wszystko jest jak dawniej.
*
a głowę mam opętaną kotem. jednak.



le. 2012-02-02 skomentuj (0)


huśtawki na początek
zaskakuje mnie moja iście leśna nieufność do nowego roku. obdreptuję go ostrożnie dookoła, wącham, obserwuję, trącam patykiem i absolutnie nie mam ochoty, żeby śmiało wskoczyć w jego głębokości. ta bardziej len-kliwa część mnie dopatruje się w tej ostrożności jakichś przeczuć i - choć w kwestii produktów spożywczych moja intuicja działa niezawodnie i niejednokrotnie ratuje - tu jakoś nie potrafię jej do końca uwierzyć. ostatecznie - dwa tysiące dwunasty nie może być groźniejszy od innych, prawda?
*
przy moich chorobliwych chorościach (które jak na razie zatrzymały się w punkcie o tyle niebezpiecznym, co niewiadomym) powoli jest mnie coraz mniej. z zeszczuplałych palców zsuwa mi się obrączka - prosto w skrzynkę ziemniaków w supermarkecie, do torebki czy we wszelakie rękawiczki. len-kliwa część znów drży tu przed złymi omenami - spokojnie mogłabym zawodowo zajmować się wymyślaniem przesądów.
*
i może to snobowanie, ale... z moleskinem w torebce czuję, że jestem w stanie bardziej panować nad własną czasoprzestrzenią. ostatni rok bez - z innym kalendarzo-notesem - wydał mi się cokolwiek chaotyczny, więc wróciłam do kremowego papieru, którego głaskanie skutecznie mnie uspokaja. i od razu jakby lepiej.
[na marginesie - czy wy też uwielbiacie ten cudowny moment uzupełniania nowiutkiego kalendarza o te wszystkie stałe przystanki, ważne daty i inne notatki?]

(i choć dziarsko stwierdzam, że ten nowy czas na pewno będzie dobry, chwytam się bordowej okładki jak koła ratunkowego i usiłuję od razu zapanować nad dwunastoma miesiącami. a tym razem przede mną wyjątkowo dużo ważnych niewiadomych. w mokry, mglisty poranek wykluwa mi się jedyne postanowienie noworoczne: nie bać się.)



le. 2012-01-10 skomentuj (2)


niezima
tydzień jakiegoś dziwacznego poddna (podedna?) jednak daje w kość, ze szczególnym uwzględnieniem tej ogonowej – ciemne poranki, nijakie dni, panna frustracja łypiąca ze służbowego komputera i wyprzedzająca mnie w drodze do pustego mieszkania. źle, zupełnie listopadowo i w dodatku odbija się w strzykawkach i lekarskich papierkach.
ale nagle – hopsasa, odbiłam się lekko ponad wszelkie chmurności i jestem, i’ve got sunshine in a bag i te sprawy.

być może ma to związek z moimi cudownymi tabletkami, które zabrały ból brzucha. być może ma to również związek z tym, że ból brzucha zżera radość szybciej niż le szwedzkie korzenne ciasteczka, a jak go nie ma, to się owa radość magazynuje i unosi ponad chodniki. niemniej – jest optymizm, jest spokój, wraca bajka.

przedświąteczna panika musnęła mnie lekko, po czym poszła polować na innych naiwnych. spokój znów przepełnia mnie po końcówki roztrzepanych włosów i nie drażni już nawet sztuczna choinka sypiąca igłami gorzej niż przesuszona żywa, ból karku po pięciu godzinach pieczenia pierniczkowych ciasteczek czy m. zaprowadzający totalny chaos w świeżo wysprzątanym pokoju (swoją drogą – on rozwala ład jeszcze szybciej niż ja, i nawet w tym jest perfekcyjny – ten mistrzowski bałagan nie opiera się żadnej próbie ogarnięcia. także umysłem).

ludzie tymczasem zachowują się jak spanikowany drobiazg leśny – ciągną za sobą mnóstwo pakunków, są uroczo potargani i poowijani prującymi się szalikami, niecierpliwią się we wszystkim na miarę małych zwierzątek i-te-pe – dostarczają mi tym kolejnej porcji dobrotliwego chichotu, takiego z czystego szczęścia.
(i może jednak sprawdzę działania uboczne tych tabletek)

i hasają mi po głowie łacińskie teksty wszystkich części mszy, śni się ten sam, co już od osiemnastu lat, tupię sobie sprężyście po suchych chodnikach i już nawet nie przeszkadza brak śniegu. święta idą, idzie dobre.


le. 2011-12-19 skomentuj (0)


marginesy gru
o ile szaleństwo jesienne i dzika fascynacja wrześniopaździernikiem są czymś zupełnie normalnym, o tyle moje czysto dziecięce wyczekiwanie śnieżnej zimy zaskakuje nawet mnie samą. nic, że błoto i zimno, przymarzanie do szyb i przystanków, a co rano przedzieranie się przez zaspy na końcu świata. dopóki naprawdę nie nadeszło, z tyłu głowy dzwonią mi dzwoneczki i bardzo tęsknię za gorącą czekoladą z widokiem na białe.
*
notki – zupełnie niezamierzenie – mocno trzymają mi się nazw miesięcy. nieopatrznie w telefonie odkrywam fazy księżyca i szczegółowy opis każdej pełni. bardzo zgodny z moją humorzastością.
pory roku coraz skuteczniej mącą mi jasność myślenia, która zresztą wcale nie chce być jakkolwiek zachowana. chyba tuptam coraz bliżej tego prawdziwego, zapętlonego czasu. mocno wciąga.
*
chcę mieć kota. nie mogę mieć kota, więc nigdy nie myślałam o tym na poważnie i w sumie nie wiem, czy naprawdę chcę. ale chcę. i dostaję kota, w związku z tym.
*

a tymczasem posłuchajcie sobie kari.



le. 2011-11-28 skomentuj (7)