huśtawki na początek
zaskakuje mnie moja iście leśna nieufność do nowego roku. obdreptuję go ostrożnie dookoła, wącham, obserwuję, trącam patykiem i absolutnie nie mam ochoty, żeby śmiało wskoczyć w jego głębokości. ta bardziej len-kliwa część mnie dopatruje się w tej ostrożności jakichś przeczuć i - choć w kwestii produktów spożywczych moja intuicja działa niezawodnie i niejednokrotnie ratuje - tu jakoś nie potrafię jej do końca uwierzyć. ostatecznie - dwa tysiące dwunasty nie może być groźniejszy od innych, prawda?
*
przy moich chorobliwych chorościach (które jak na razie zatrzymały się w punkcie o tyle niebezpiecznym, co niewiadomym) powoli jest mnie coraz mniej. z zeszczuplałych palców zsuwa mi się obrączka - prosto w skrzynkę ziemniaków w supermarkecie, do torebki czy we wszelakie rękawiczki. len-kliwa część znów drży tu przed złymi omenami - spokojnie mogłabym zawodowo zajmować się wymyślaniem przesądów.
*
i może to snobowanie, ale... z moleskinem w torebce czuję, że jestem w stanie bardziej panować nad własną czasoprzestrzenią. ostatni rok bez - z innym kalendarzo-notesem - wydał mi się cokolwiek chaotyczny, więc wróciłam do kremowego papieru, którego głaskanie skutecznie mnie uspokaja. i od razu jakby lepiej.
[na marginesie - czy wy też uwielbiacie ten cudowny moment uzupełniania nowiutkiego kalendarza o te wszystkie stałe przystanki, ważne daty i inne notatki?]
(i choć dziarsko stwierdzam, że ten nowy czas na pewno będzie dobry, chwytam się bordowej okładki jak koła ratunkowego i usiłuję od razu zapanować nad dwunastoma miesiącami. a tym razem przede mną wyjątkowo dużo ważnych niewiadomych. w mokry, mglisty poranek wykluwa mi się jedyne postanowienie noworoczne: nie bać się.)
niezima
tydzień jakiegoś dziwacznego poddna (podedna?) jednak daje w kość, ze szczególnym uwzględnieniem tej ogonowej – ciemne poranki, nijakie dni, panna frustracja łypiąca ze służbowego komputera i wyprzedzająca mnie w drodze do pustego mieszkania. źle, zupełnie listopadowo i w dodatku odbija się w strzykawkach i lekarskich papierkach.
ale nagle – hopsasa, odbiłam się lekko ponad wszelkie chmurności i jestem, i’ve got sunshine in a bag i te sprawy.
być może ma to związek z moimi cudownymi tabletkami, które zabrały ból brzucha. być może ma to również związek z tym, że ból brzucha zżera radość szybciej niż le szwedzkie korzenne ciasteczka, a jak go nie ma, to się owa radość magazynuje i unosi ponad chodniki. niemniej – jest optymizm, jest spokój, wraca bajka.
przedświąteczna panika musnęła mnie lekko, po czym poszła polować na innych naiwnych. spokój znów przepełnia mnie po końcówki roztrzepanych włosów i nie drażni już nawet sztuczna choinka sypiąca igłami gorzej niż przesuszona żywa, ból karku po pięciu godzinach pieczenia pierniczkowych ciasteczek czy m. zaprowadzający totalny chaos w świeżo wysprzątanym pokoju (swoją drogą – on rozwala ład jeszcze szybciej niż ja, i nawet w tym jest perfekcyjny – ten mistrzowski bałagan nie opiera się żadnej próbie ogarnięcia. także umysłem).
ludzie tymczasem zachowują się jak spanikowany drobiazg leśny – ciągną za sobą mnóstwo pakunków, są uroczo potargani i poowijani prującymi się szalikami, niecierpliwią się we wszystkim na miarę małych zwierzątek i-te-pe – dostarczają mi tym kolejnej porcji dobrotliwego chichotu, takiego z czystego szczęścia.
(i może jednak sprawdzę działania uboczne tych tabletek)
i hasają mi po głowie łacińskie teksty wszystkich części mszy, śni się ten sam, co już od osiemnastu lat, tupię sobie sprężyście po suchych chodnikach i już nawet nie przeszkadza brak śniegu. święta idą, idzie dobre.
marginesy gru
o ile szaleństwo jesienne i dzika fascynacja wrześniopaździernikiem są czymś zupełnie normalnym, o tyle moje czysto dziecięce wyczekiwanie śnieżnej zimy zaskakuje nawet mnie samą. nic, że błoto i zimno, przymarzanie do szyb i przystanków, a co rano przedzieranie się przez zaspy na końcu świata. dopóki naprawdę nie nadeszło, z tyłu głowy dzwonią mi dzwoneczki i bardzo tęsknię za gorącą czekoladą z widokiem na białe.
*
notki – zupełnie niezamierzenie – mocno trzymają mi się nazw miesięcy. nieopatrznie w telefonie odkrywam fazy księżyca i szczegółowy opis każdej pełni. bardzo zgodny z moją humorzastością.
pory roku coraz skuteczniej mącą mi jasność myślenia, która zresztą wcale nie chce być jakkolwiek zachowana. chyba tuptam coraz bliżej tego prawdziwego, zapętlonego czasu. mocno wciąga.
*
chcę mieć kota. nie mogę mieć kota, więc nigdy nie myślałam o tym na poważnie i w sumie nie wiem, czy naprawdę chcę. ale chcę. i dostaję kota, w związku z tym.
*
notka bardzo techniczna
od dłuższego czasu byłam przekonana, że piszę tutaj sobie a muzom (jako i innym bóstwom), tymczasem statystyki blogowe twierdzą twardo, że jednak ktoś oprócz mnie jeszcze na tę stronę zagląda. zadziwiona szczerze tym odkryciem wykorzystam więc szansę i wyjaśnię kilka spraw potencjalnym czytelnikom, których oczywiście serdecznie pozdrawiam, choć niedowierzam w istnienie.
otóż: prowadzenie dwóch (a w porywach i trzech) blogów jednocześnie zakrawa na lekkie rozchwianie jedności osobowości, i jest to poniekąd całkiem słuszne spostrzeżenie. z drugiej strony – użycie czasownika 'prowadzić' odnośnie wspomnianych blogów jest szumne jako te jodły na górszczycie, bo notki pojawiają się z częstotliwością tylko trochę większą niż żadną. ale cały czas postanawiam (sobie) poprawę...
największym problemem tego miejsca [znaczy się blog.pl] jest wielki opór i ogromna samowola jednocześnie. opór pojawia się, jak chcę zamieścić zdjęcie – kilka notek temu się udało, w poprzedniej – nie udało się absolutnie, ponieważ bl.pl radośnie zjada sobie wszystkie powstawiane mu znaczniki. w związku z tym zdjęcie wylądowało na poniedziałkach, a tu – pusto. samowola w zjadaniu lub dopisywaniu fragmentów kodu ma się tu w najlepsze, a niezbyt fortunne formatowanie tekstu zupełnie w poprzek temu, co każdej notce zalecam, przyprawia mnie za każdym razem o mgiełki bólu głowy i przypomnienie sobie paru niecenzuralnych staropolskich wyrazów.
poniedziałki nie mają tego problemu, ale tamto miejsce ma zupełnie inny charakter – i choć kilka notek pojawiło się w dwóch miejscach, to jednak tutaj jest tu moja wymoszczona przez lata norka w leśnej ściółce.
tymczasem blog.pl radośnie zapowiedział rewolucję i możliwość przejścia do 'nowego systemu', który to – przynajmniej z zewnątrz – bardzo przypomina ten poniedziałkowy. przeskok bardzo kusi (zdjęcia! łatwe formatowanie tekstu! tagi, kategorie i całe to badziewie!), ale jest jeden istotny szczegół – szablon nie przeniesie się nic a nic, a jak się szablonuje w nowym blogu, można się przekonać dopiero po metamorfozie. a metamorfoza jest bez odwrotu.
a ja z kolei jestem bardzo przywiązana do mojego portretu z krokodylem i tak łatwo popsuć sobie go nie dam...
gdyby jednak któregoś dnia okazało się, że ten blog wygląda jakby go przepuścić przez fejsbukę skrzyżowaną z fotką peel albo coś w tym stylu, to znaczy, że się skusiłam, ale jeszcze nie poskromiłam demona. jak na razie – rozważam.
i chyba tyle techniczności i przemówień do potencjalnych czytaczy. następny wpis będzie już zwyczajny, a i mam wrażenie, że już nawet wiem, o czym.
pozdrawiam raz jeszcze – szalonointerpunkcyjna le.
lewy listopadowy
podczas pierwszolistopadowych spotkań rodzinnych nagle okazało się, że wszyscy już jesteśmy dorośli, w związku z czym wszystkie spojrzenia skierowały się na mnie – może najmniejszą, może najbardziej kolorową. efektem są wypchane słodyczami kieszenie, które od razu wywołują gdzieś w tle dziadowo-zaduszkowe rytuały – niech będzie, może cukierkami uda mi się przekupić mokrą jesienność wciskającą się pod czapkę.
z roku na rok coraz bardziej cenię miękkie, ciepłe i najchętniej w ognistych kolorach. zapach curry, dodatek ostrej papryki, coś, co gorącem wypełni brzuch i głowę, korzenne herbaty, kaszmir i pomarańcze. owijam się szczelnie szalem w kolorze dżemu morelowego i zagryzam listopad na pośpiesznym porannym toście z ciemnego chleba.
dzika wiosenna kociomarcowość w tym roku w końcu znalazła
spokojne ujście, w związku z czym bzik sezonowy przesunął mi się na tę ulubioną
porę roku. tegoroczna jesień już teraz zaszumia mnie całkowicie – i to nie jak
dobry alkohol, a jak zły środek przeciwbólowy, po którym uśmiecham się do
poduszek i wpadam w zdecydowanie wyższy, majacząco-oniryczny poziom
świadomości.
coraz bardziej skarpetkowymi butami drepcę sobie po mateczce
ziemi, z głową pełną tego popalonego lata, wizualizuję sobie fajerwerki z kolorowych
liści, plączę się we włosy i pajęczyny, i cała jestem jednym wielkim indian
spirit. indian summer, znaczy się.
*
w pielesze wpłynęła nam kanapa, na którą to m. od razu
przeniósł swoje centrum dowodzenia muzyczno-wojskowym wszechświatem. na kanapę
oraz wszystkie okoliczne, również dopiero co przybyłe meble, które docelowo
mają służyć zwijaniu się na nich w kłębki, opatulaniu kocem, oblewaniem herbatą
i wrzucaniem pod nie gazet z wyjątkowo parszywymi tekstami.
dzielnie udało mi się opanować fotel. pod lampą.
na tymże fotelu całkiem kocio zaplątuję się w wełniane
kłębki, myślę nad hierarchią wartości stosu książek oczekujących, niebieskim
szydełkiem wystukuję o filiżankę rytm menuetów wygrywanych z pamięci przez m.
na naszym potwornie rozstrojonym pianinie i chyba coraz mniej boję się zimy.